Archive for the ‘Mój progam profilaktyczny’ Category

Nauka a medycyna

Nie unikam eksperymentów, zawsze jednak staram się opierać na odkryciach naukowych. Nauka rozwija się w szybkim tempie, dostarczając nowych informacji i modyfikując nasz punkt widze­nia. Jednakże wyniki badań należy zawsze traktować z pewną re­zerwą. Dane nie potwierdzone empirycznie są użyteczne do wy­ciągania ogólnych wniosków; trzeba się liczyć z koniecznością korekty utartych przekonań, także w odniesieniu do roli suplementów dietetycznych w opiece zdrowotnej – lecznictwie i profi­laktyce. Jakkolwiek medycyna bazuje na nauce, pozostaje zasa­dniczo sztuką, osadzoną na prawidłowych ocenach, znajomości pacjentów, empatii, wreszcie intuicji.

Nie zamierzam czekać na ostateczną decyzję nauki, które suplementy są bezpieczne i w jakich ilościach. Dotychczasowe wyniki badań i analiz dają podstawy do optymizmu, a poza tym nauka nigdy nie stoi w miejscu, jest bowiem dynamicznym proce­sem poszukiwania prawdy, zawsze uzależnionym od aktualnego stanu wiedzy. A obecny stan wiedzy skłania do wniosku, że opty­malne podejście do problemu opieki zdrowotnej winno uwzglę­dniać, poza propagowaniem właściwej diety, ćwiczeń fizycznych, umiejętności radzenia sobie ze stresem, także celowość stosowa­nia suplementów.

Co przyjmuję

Biorę suplementy dwa razy dziennie, starając się nigdy o tym nie zapominać. Jeżeli z jakiegoś powodu nie wezmę suplementów rankiem, połykam je w porze lunchu. Co pewien czas wprowa­dzam pewne drobne korekty; w związku z tym obecnie mój ze­staw jest nieco inny niż kilka lat temu. Niektóre z suplementów biorę okresowo, odstawiając je następnie na jakiś czas. Na przy­kład karnitynę i glutaminę przyjmuję kilka razy w tygodniu – nie codziennie. Co się tyczy podnoszącej odporność jeżówki (Echinacea), to biorę ją tylko kilka razy w miesiącu lub też czując, że je­stem narażony na jakąś infekcję wirusową (co nie zdarza się zbyt często). W tym samym celu przyjmuję czasami ekstrakt z jagód czarnego bzu, uzupełniłem też swój program o żeń-szeń. Od nie­dawna przyjmuję 100 mg fosfatydyloseryny, poprawiającej pa­mięć, oraz 333 mg anty oksydacyjnego kwasu liponowego. Ogra­niczyłem nieco dawkę witaminy C z uwagi na fakt, że biorę wie­le innych przeciwutleniaczy. Przed snem łykam niekiedy rozlu­źniającą kava-kavę.

Przyjmuję wszystkie suplementy tuż po śniadaniu lub kolacji, a melatoninę – bezpośrednio przed snem. Chociaż mój gruczoł krokowy nie jest powiększony, przyjmuję także ekstrakt z palmy sabałowej oraz pokrzywy, ponieważ uważam, że w moim wieku przerostowi prostaty należy aktywnie zapobiegać.

Od czasu do czasu, gdy czuję się zestresowany lub zmęczony, przyjmuję również inne suplementy, m.in. trzy do czterech kapsu­łek oczyszczającego wątrobę silymarinu. W sytuacji napięć psy­chicznych stosuję zioła uspokajające (mieszankę waleriany, chmielu i marakui), lub kava-kavę wraz z melatoniną przed snem. Czasami łykam dodatkową tabletkę koenzymu Q10 albo zwięk­szone dozy L-karnityny i L-glutaminy.

Zapoznając się z nowymi wynikami badań nad suplementami die­tetycznymi oraz substancjami ortomolekularnymi, zawsze wyszuku­ję nowe materiały, które mogą się okazać użyteczne dla moich pa­cjentów lub dla mnie samego. Dbając o własne zdrowie, staram się jednocześnie przedstawiać pacjentom zalety ćwiczeń fizycznych, dobrej diety, kontrolowania stresu oraz suplementacji. Dużo łatwiej uwierzyć lekarzowi, który osobiście wprowadza w życie głoszone teorie. Mam nadzieję, że jeszcze przez długie lata będę mógł dawać przykład osobom, które zgłaszają się do mnie po poradę.

Zmiana nastawienia

Zacząłem się interesować witaminami i dietą pod wpływem poglądów sędziwego norweskiego psychologa, dietetyka oraz muzyka w jednej osobie, Kaare Bolgena, który przekonał mnie, że na uczelni medycznej nie nauczono mnie wszystkiego. W owym czasie było to dla mnie wstrząsające odkrycie, choć w stosunku do wielu uznanych praktyk medycznych tlił się w moim umyśle zdrowy sceptycyzm. Odbyłem staż w szpitalu, przeszedłem kurs w zakresie patologii i na własne oczy przekonałem się w kostni­cy, jak wiele osób zmarło nie tylko wskutek złego stylu życia, ale także niepotrzebnych, ryzykownych zabiegów chirurgicznych przeprowadzanych głównie na pacjentach z chorym sercem. Zale­żało mi na własnym sercu, więc zainteresowałem się problematy­ką długowieczności, pomimo uprzedzeń moich zwierzchników. Owo skoncentrowanie się na prawdziwej „opiece zdrowotnej”, nie zaś na „leczeniu chorób”, miało wkrótce przynieść dobre re­zultaty w mojej praktyce medycznej.

Kaare Bolgen ma obecnie ponad dziewięćdziesiąt lat. Rozma­wiając z nim niedawno, dowiedziałem się, że nadal regularnie jeź­dzi na łyżwach i właśnie ukończył pisanie książki. Od dawna jest na diecie wegetariańskiej, biorąc wiele suplementów dietetycz­nych, w tym niektóre w sporych dawkach.

Odkąd pojąłem znaczenie suplementów, zacząłem je zalecać wszystkim swoim pacjentom oraz każdemu, kto był skłonny mnie wysłuchać, a także przyjmować je sam. Startuję w maratonach; dla przyjemności uprawiam biegi, marsze, grywam w racketballa, jeż­dżę na rowerze oraz na nartach. Przestrzegam zdrowej, pełnowarto­ściowej, głównie jarskiej diety, unikając zwłaszcza cukru i margary­ny. Staram się również chronić przed zbyt silnymi stresami.

Na początku lat 80. poznałem kardiologa dra George’a Sheehana, który również uprawia biegi długodystansowe i napisał kilka popularnych książek na temat biegania. Przebadawszy moje serce stwierdził, że dawna diagnoza była trafna odnośnie tego, co „może” się zdarzyć, ale niestety towarzyszyło jej fałszywe twierdzenie, że sport prowadzi do ataku serca. W istocie ćwiczenia fizyczne czę­sto poprawiają stan mięśnia sercowego. Dowiedziałem się nieba­wem, że przy niewydolności zastawki aktywność ruchowa skraca rozkurczową fazę pracy serca.

Ponadto we wczesnych latach 60. kardiologowie nawet nie do­puszczali myśli, że witaminy oraz inne suplementy dietetyczne są w stanie chronić i wzmacniać serce. Naturalnie to był rok 1962 i tylko nieliczne osoby – a ja wówczas się do nich nie zaliczałem – były świadome powiązań między dietą, suplementami i choro­bami.

Studiując medycynę, miałem te same nawyki żywieniowe, co moi koledzy z uczelni – jadałem hamburgery, frytki, pijałem colę, a często kawę. Ćwiczyłem tylko sporadycznie i nie umiałem kon­trolować stresu (jeżeli nie liczyć tego, że nie stroniłem od zdrowe­go śmiechu). To typowe dla młodych ludzi, lecz zły tryb życia prowadzi do wystąpienia poważnych problemów w starszym wie­ku, gdy spada odporność organizmu, a czasem nawet wcześniej. Cieszyłem się wprawdzie nie najgorszym zdrowiem, ale co roku zapadałem na grypę bądź silne przeziębienia.

Teraz biorę wiele suplementów i z upływem lat zwiększam do­zy tych substancji, które chronią przed symptomami starości oraz szkodliwym oddziaływaniem wolnych rodników. Nie sugeruję, że mój program jest optymalny dla wszystkich, ale traktuję go jako punkt wyjścia i dzięki niemu, mam nadzieję, zachowam jeszcze długo dobrą formę. Stałe wprowadzam doń pewne korekty, po­znając nowe suplementy oraz wypróbowując na sobie skutecz­ność nowych preparatów.

Nikt nie potrafi przewidzieć przyszłości, ale jedną z zalet mo­jego programu na długowieczność jest to, że stosując go, czuję się znakomicie i pełen wigoru. Pozytywne doraźne rezultaty stanowią solidny bodziec, także dla mnie samego. Jeżeli podejmując wła­sny program, też poczujesz się zdrowszy, nie przyjdzie ci już do głowy myśl, żeby zeń zrezygnować.

Nieszczelna zastawka

Kiedy wstąpiłem do college’u, rutynowe badania lekarskie, które musieli przechodzić wszyscy studenci, wykazały, że bynaj­mniej nie mam szmerów serca, które wcześniej u mnie stwierdzo­no. Zamiast tego dowiedziałem się, że cierpię na nieszczelną zastawkę aorty. Lekarze dodali, że powinienem zrezygnować z wszelkiego poważniejszego wysiłku fizycznego (czyli każdego sportu, z wyjątkiem golfa i szachów!). Wyjaśniono mi, że taka wada aorty prawdopodobnie ulegnie pogorszeniu w ciągu kolej­nych piętnastu do trzydziestu lat; że najpewniej dojdzie u mnie do zastoinowej niewydolności serca, gdyż moje serce nie podoła zwiększonym obciążeniom towarzyszącym zaburzeniom w przepływie krwi.

Gdy postawiono tę diagnozę, a było to w 1962 roku, nie mia­łem powodu, by powątpiewać w słuszność lekarskiej opinii. Choć jakoś pogodziłem się z ich diagnozą, nie byłem w stanie przyjąć potulnie roli biernej ofiary, którą miałem w przyszłości się stać. Nie zrezygnowałem, choć lekarze uważali to za czyste szaleń­stwo, z uprawiania niektórych dyscyplin sportowych (choć wyko­rzystywałem zwolnienie lekarskie, aby nie uczestniczyć w zaję­ciach z gimnastyki, których nie lubiłem).

Znacznie później dowiedziałem się, że planowano wymianę mojej wadliwej zastawki na plastikową ale moi rodzice nie wyra­zili zgody na operację – nie wyglądałem na ciężko chorego, poza tym odnosili się sceptycznie do wszelkich brutalnych interwencji medycznych. Godzi się wyjaśnić, że wymiana zastawki nie jest obecnie już tak ryzykownym dla życia zabiegiem jak w 1962. Li­czę na dalszy postęp w tej dziedzinie, jeśli wspomniana operacja kiedyś okaże się rzeczywiście konieczna.

Fanatyzm czy rozsądek

Chociaż w oczach wielu osób uchodzę niemal za fanatyka, który przesadnie dba o dietę oraz bierze ogromne ilości suplemen­tów, to dziwne, że ci sami ludzie nie zastanawiają się nad sensem picia napojów gazowanych, jedzenia ziemniaczanych czipsów, ciastek, tortów, lodów, cukierków, steków czy hamburgerów – które to pasjami konsumują I chociaż moje przekonania mogą niedowiarków razić swą bezkompromisowością, to jednak wła­śnie dzięki owym radykalnym poglądom osiągam sukcesy w pro­filaktyce medycznej oraz praktyce lekarskiej.

Uważam bowiem, że typowy w obecnych czasach tryb życia jest bardzo ryzykowny. Kiedy patrzę na wyładowane po brzegi wózki klientów w supermarketach (gdzie sam udaję się po papier oraz środki higieniczne, zaopatrując się w żywność w sklepach ze zdrową żywnością), nie mogę się nadziwić – ludzie wybierają najczęściej artykuły spożywcze najgorsze z punktu widzenia zdrowia. Wygląda na to, że nie dostrzegają związku między tym, co jedzą, a własnym samopoczuciem czy stanem zdrowia. Co jest bardziej radykalne – branie lekarstw, poddawanie się operacjom, czy też nieco dyscypliny umożliwiającej przestrzeganie zdrowego trybu egzystencji? Takie pytanie powinien postawić sobie każdy, kto chce być zdrowy. Pomimo że liczne schorzenia mają podłoże genetyczne, do rozwoju chorób cywilizacyjnych przyczynia się przede wszystkim niewłaściwy model codziennego życia.

Wiadomości ogólne

Biorę suplementy dietetyczne od trzydziestu lat. Zanim za­cząłem je przyjmować, w 1970 roku, prezentowałem iden­tyczne nastawienie jak większość lekarzy – twierdziłem, że gdy ktoś przestrzega zrównoważonej diety, to nie musi przyjmować suplementów. W poprzednich rozdziałach starałem się udowod­nić, że mija się to z prawdą (poza tym wielu lekarzy, a nawet die­tetyków, nie jest w stanie precyzyjnie zdefiniować „dobrej” die­ty). Na szczęście, poznałem zalety suplementów stosunkowo wcześnie, na progu swej lekarskiej praktyki. I, co ważne dla mnie osobiście, we względnie młodym wieku.

Teraz czuję się równie zdrowy lub nawet zdrowszy niż wtedy, gdy jako dwudziestopięciolatek zacząłem przyjmować suplemen­ty. Nigdy się nie przeziębiam, utrzymuję prawidłową wagę ciała, mam dobry poziom cholesterolu, nie trapią mnie tzw. choroby cy­wilizacyjne; mam mnóstwo energii, znacznie więcej od przecięt­nej osoby w moim wieku. Po części zawdzięczam to z pewnością zdrowej, pełnowartościowej, głównie jarskiej diecie (nie jadam czerwonego mięsa – wołowiny, wieprzowiny, dziczyzny – ani drobiu), częściowo zamiłowaniu do uprawiania ćwiczeń fizycz­nych, a także „dobrym” genom, ale z pewnością pozytywny efekt oddziaływania wszystkich tych czynników jest wzmocniony przez suplementy, które przyjmuję już od lat.